Strona główna arrow Czytelnia arrow Samo życie arrow Droga przez mękę
Musisz tego posłuchać
Strona główna
Aktualności
Skrzynka intencji
Forum Duchowej Pomocy
Nasze świadectwa
Czytelnia
Galeria Sola Fide
Polecane strony
Sola Gratia
Napisz do nas
Multimedia
Zaloguj Się Wyszukaj Jeśli chcesz taki serwis
Często czytane:
Gościmy
Aktualnie jest 8 gości online
Licznik odwiedzin
odwiedzających: 1660949
Droga przez mękę PDF Drukuj E-mail
Nigdy nie myślałam, że właśnie nam się to przytrafi. Dom wierzących i praktykujących chrześcijan, zgodne małżeństwo, czekane i kochane dzieci. A jednak idylla rodzinna miała się skończyc w chwili, gdy najmniej tego oczekiwaliśmy.

Gdy mój mąż , Marek, przyjechał z Indii nic jeszcze nie wskazywało na to, że będzie to początkiem hiobowej drogi.Dzieci gorąco go witały, dwuletni Jasiu tulił się najbardziej. Patryk, starszy o 2 lata, tańczył i śpiewał ze szczęścia. Mąż kochał naszych chłopców , był do nich bardzo przywiązany i uwielbiał się z nimi bawić.

        Wszystko rozpoczęło się banalnie, w dwa tygodnie później, od zapalenia oskrzeli u Jasia. Wizyta u lekarza, antybiotyk i wydawało się , że za tydzień będzie po wszystkim. Tymczasem Jasiu bardzo chudł i coraz bardziej kaszlał. Po tygodniu stan był na tyle niestabilny, że musiałam odwieźć go wprost do kliniki. Tam lekarz dyżurny orzekł, że będzie musiał pozostać na oddziale, bo ma dużą zbyt niewydolność oddechową. Byłam przerażona myślą podłączenia Jasia do butli z tlenem. Przecież ledwie odstawiłam go od piersi, nigdy nie był sam. Pamiętam jego przeraźliwy krzyk, a potem atak bezdechu po którym stawał się granatowy. Lekarz poradził nam, byśmy nie przychodzili do niego zbyt często, bo synek dostaje potem ataków duszności.Oglądaliśmy go więc ukradkiem przez szybę w izolatce. Minęło kilka tygodni, po których wiadomo było jedno, że to nie jest banalne zapalenie płuc.Nic więcej. Potem była seria inwazyjnych badań, wędrówka od kliniki do kliniki i coraz więcej pytań , na które nie ma odpowiedzi.Tymczasem stan Jaśka przypominał huśtawkę- następowała poprawa, by potem choroba wracała z jeszcze większą siłą. Gdy przykładałam ucho do piersi synka, mogłam usłyszeć niemal orkiestrę dętą, później słyszałam jego oddech z dwóch metrów. Rzężenie i duszący kaszel. Modliliśmy się z mężem nieustannie do Boga wierząc, że Ten odda nasze dziecko w ręce najlepszych lekarzy. I rzeczywiście tak było – konsultowali go najlepsi pulmonolodzy w kraju. I nic z tego nie wynikało. Powstawały różnorakie hipotezy, z chorobą genetyczną włącznie. Antybiotykoterapia doprowadziła wkrótce do powolnego wyniszczania organizmu – Jasiu dostał polekowego zapalenia jelit, a krew i śluz w stolcu stały się codziennością. Dziecko powoli znikało nam z oczu. Lekarze robili wszystko, widzieliśmy ich troskę i wielkie oddanie. W izolatce postawiono dla mnie łóżko, bym mogła do końca być z Jaśkiem.  tak blisko dwa lata spędziłam w szpitalu. Próbowaliśmy wszystkiego: ziół, homeopatii, leczenia dietą – bez żadnego rezultatu.
- Medycyna jest bezradna. Nadal nie wiemy co to jest - stwierdziła w końcu pani profesor, pod której opieką był nasz syn. Tak minęły 24 miesiące.

Pamiętam pewną sobotę, gdy wieczorem zjawiłam się się w szpitalu. Jasiek leżał w łóżeczku. Był mocno osłabiony, od dwóch dni gorączkował. W pewnej chwili powiedział zwracając się w moją stronę: „Mamusiu, ja już nie będę zdrowy". W sercu tego małego dziecka zgasła nadzieja, widziałam to w jego oczach i czułam, że wie co mówi.

Byłam załamana, nie chciałam przy nim płakać, ale serce łkało hiobową pieśń. Gdy powróciłam do domu padłam na kolana wraz z moim sześcioletnim wtedy drugim synkiem i błagałam, by Bóg zabrał Jaśka, bo nie mogę patrzeć na jego cierpienie. Potem jednak w skowycie i bezradności pomyślałam: medycyna nic nie może.Tylko Ty, Panie możesz wszystko. Po raz pierwszy w życiu miałam wrażenie, że udaję prosto pod krzyż i kładę mojego synka u stóp krwawiącego Chrystusa. -Tylko popatrz...nic więcej – prosiłam w myślach – jestem gotowa na wszystko. Gdy wstaliśmy z Patryczkiem z kolan wiedziałam już, że będzie lepiej. Doznałam jakiegos dziwnego, mistycznego wręcz przeżycia. Sięgnęłam do Ewangelii. „Dziewczynka nie umarła, śpi...” - to były słowa z opisu cudu uzdrowienia małej dziewczynki. Wróciłam do szpitala następnego dnia. Spotkałam na korytarzu panią profesor. - Jest gorzej...sama pani zobaczy - powiedziała zdawkowo. Weszłam do maleńkiej izolatki, w której dużurował od rana mąż. Popatrzyliśmy na siebie w milczeniu. Cudu nie było. Nie miałam żalu do Pana Boga, w końcu nie to życie jest najważniejszym darem, jest jeszcze inne. Jasiek leżał w łóżeczku, spał. Jego oddech słyszałam dokładnie - od dwóch lat to samo rzężenie. Miał nadal stan podgorączkowy, był już wtedy na sterydach, bez żadnego efektu. Właściwie największym cudem było to, że żył.

   Następnego ranka, gdy przyszliśmy z mężem na oddział, izolatka Jaśka była pełna lekarzy. Byłam jednak jakoś dziwnie spokojna. Pani profesor widząc nas niemalże krzyczała: "Jest przełom. Niewielkie zmiany w płucach". Tak dobrego stanu nie było od dwóch lat. Lekarze dociekali potem za sprawa jakiego leku się to dokonało. Ja wiedziałam, że tym lekiem był krzyż i modlitwa.

Po tygodniu Jasiek wrócił do domu. A po trzech tygodniach przyszła diagnoza z Centrum Zdrowia Dziecka. Jakaś dziwna, niezwykle rzadka w Europie choroba odzwierzęca, na którą nie ma leku. Medycyna więc była bezradna, bo choroba prawdopodobnie przywieziona została przez męża z Indii. Podobno piśmiennictwo medyczne zanotowało trzy przypadki w Polsce. Śmierć następowała wskutek powikłań i złej diagnozy. Jasiek jest więc czwartym przypadkiem.

    Po latach przypominają mi się słowa Ewangelii :” Gdybyście mieli wiarę jak ziarno gorczyczne , i rzeklibyście do tego figowca: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, usłuchałby was.” Nikt mi nie uwierzy, a mój syn żyje.

      Nieraz pytałam Boga, dlaczego musieliśmy przejść tak długą drogę i Pan mi odpowiedział słowami mojego, dziś już prawie dorosłego Jaśka. - Mamo, będę lekarzem, ale potem zostanę  duchownym. Zawsze wiedziałem, że powinienem nim być.

 Niech będą błogosławione wszystkie drogi, które prowadzą do Boga!

Nowości
Pomyśl, że...
zolty better_m.jpg

Nie ma człowieka, który by miał moc nad wiatrem i mógł go zatrzymać. Nikt nie ma mocy nad dniem śmierci i nie jest zwolniony od walki, a bogactwo nie uratuje tych, którzy je posiadają - Koh. 8,9

Sonda
Jak często otrzymujesz odpowiedź na swoje modlitwy?
  
Czy Bóg jest drobiazgowy w oczekiwaniach wobec człowieka?
  
Webdesign Go3.pl