Strona główna arrow Czytelnia arrow Samo życie arrow Chcę żyć, a nie życie grać. Wywiad z Jarkiem Wajkiem
Musisz tego posłuchać
Strona główna
Aktualności
Skrzynka intencji
Forum Duchowej Pomocy
Nasze świadectwa
Czytelnia
Galeria Sola Fide
Polecane strony
Sola Gratia
Napisz do nas
Multimedia
Zaloguj Się Wyszukaj Jeśli chcesz taki serwis
Często czytane:
Gościmy
Aktualnie jest 4 gości online
Licznik odwiedzin
odwiedzających: 1676772
Chcę żyć, a nie życie grać. Wywiad z Jarkiem Wajkiem PDF Drukuj E-mail
JAREK WAJK: wokalista, autor tekstów, kompozytor. W latach 1989–95 związany z grupą Oddział Zamknięty, legendą polskiej sceny muzycznej. Zaśpiewał kilkaset koncertów w Polsce i za granicą. Wcześniej współpracował z zespołami: Daab, Collage, The Lizzards’ Day (później Houk). Ma na swym koncie 9 płyt. - Rockowy muzyk kojarzy się większości ludzi z hałasem, imprezami, uzależnieniem. A jeśli ma sławę i pieniądze, to wiedzie mało duchowe życie...

JAREK WAJK: To stereotyp. W świecie sztuki nie brak sfery duchowej. W moich starych tekstach piosenek, a także w prywatnych listach z tamtego okresu można odnaleźć refleksję nad życiem, poszukiwanie Dobrej Drogi, tęsknotę za Bogiem... Tak jest w przypadku wielu artystów.

– Skąd to się brało?

– Masz pieniądze i ciekawe życie, otacza cię tłum ludzi, interesują się tobą telewizja, radio i gazety, ale czas płynie tak samo tobie jak innym. I jak inni myślisz o upływie czasu, o umieraniu... Wszyscy jesteśmy słabi w samotności, biedzie, chorobie i w umieraniu. Zdajemy sobie sprawę ze swojej własnej bezradności w obliczu tych problemów i zaczynamy szukać pomocy poza światem ludzi – równie jak my bezradnych... Wychodzimy poza sferę materii.

– Wokalista kultowego zespołu, pełno dziewczyn wokół, trasy koncertowe, imprezy i samotność?

  Tak. Samotność wśród ludzi. Nie trzeba być wokalistą Oddziału Zamkniętego, aby poznać taki stan. Uciekałem przed samotnością. Czasem w przypadkowe towarzystwo, które zapraszałem na biesiadę, na parkową ławkę w jakimś obcym mieście. Innym razem w „chmurę” z wypalonego zielska albo do „apteki”... Jednym zdaniem – w rejony, w których miało być pięknie. Ale Piękna nigdy tam nie znalazłem.

  Kiedy zacząłeś „wracać”?

– Kiedy zmarł Ryszard Riedel (wokalista grupy Dżem – dop. red.). To był 1994 rok. Jego śmierć była dla mnie wstrząsem. Nasze drogi się przecinały. Bywało, że po wspólnej rozmowie zaszywałem się w hotelowym pokoju i rozmyślałem nad własnym życiem. Czułem, że w pijanych trasach koncertowych gubię kochanych ludzi, depczę ważne, święte sprawy. Gdy Rysiek odszedł (przedawkował narkotyki – dop. red.), te refleksje zaczęły napierać z ogromną siłą.

Pamiętam koncert w katowickim „Spodku”, poświęcony pamięci Ryśka. Śpiewałem w doborowej obsadzie – m.in. Czesław Niemen, Krysia Prońko, Wojtek Waglewski, Kasia Kowalska – dwie Dżemowe piosenki, wraz z dziesięciotysięcznym chórem na widowni, i wtedy do mnie dotarło, że chcę wyjść z tych kolorowych świateł, rozkrzyczanego tłumu i poszukać czegoś głębszego. Córka Ryśka, piętnastoletnia wówczas Karolina, powiedziała do mnie tamtego dnia: „Jarek, wolałabym, żeby Tata nigdy nie dotknął nawet popularności i sławy. Chciałabym, żeby był w domu”. Jedno proste zdanie. Wspaniała lekcja. Pomyślałem o moim Domu, o łzach mojej żony, o mojej córeczce... Czy naprawdę kocham...? Jakiś czas później, po nagraniu płyty, która zbierała dobre recenzje nawet wśród dziennikarzy, o których względy nigdy nie zabiegaliśmy, i gdy nasze koncerty gromadziły coraz więcej publiczności, zszedłem z wielkiej rockowej sceny, a media zatrzasnęły za mną drzwi.

– Odszedłeś z Oddziału u szczytu popularności. Bolało?

– Decyzja o odejściu z grupy była ostateczna. Rozpocząłem nowy etap życia. Bolał jedynie komentarz środowiska muzycznego, coś w stylu: odbiło facetowi, poczuł się silny, a my pokażemy mu, że bez Oddziału jest nikim. Płytkie... chore i... skutecznie niszczy tych, którzy próbują przeciwstawić się „branży”. Nie przygotowałem dla siebie i moich bliskich miękkiego lądowania. Nie budowałem innego zespołu poza Oddziałem. Zawsze brzydziłem się układowością i nie wydeptałem awaryjnych ścieżek w wytwórniach fonograficznych, w radio czy „telewizorze”. Zapowiadało się, że będzie ciężko, że przyjdzie dzień, w którym skończą się pieniądze, a nieżyczliwość środowiska muzycznego sprawi, że ucichnie we mnie muzyka...

Bolało jeszcze coś. Kiedy czasem wychodziłem na koncertową scenę, w jej pobliże podchodzili młodzi ludzie i... pluli na mnie. Krzyczeli, że podeptałem ich marzenia, że miałem to, o czym wielu z nich śniło, i zostawiłem to z dnia na dzień. Nikt nie usiadł ze mną, aby porozmawiać, dowiedzieć się, co wydarzyło się we mnie, w moim życiu. Wyszedłem z plakatu i pudełka telewizora na ulicę. Dla wielu ludzi oznaczało to moją porażkę, a przecież to ja sam podjąłem takie kroki i nikt nie wypraszał mnie z tego „sztucznego raju”.

– Wtedy zacząłeś swoje rozmowy z Bogiem?

– Zacząłem je dużo wcześniej. Wierzyłem, że Bóg istnieje. Wyniosłem to z rodzinnego Domu. Przyszedł jednak czas weryfikacji zasłyszanych i przyjętych w Domu, w szkole czy na lekcjach religii poglądów. Dobry Bóg pochylił się nade mną i moimi problemami. Prosiłem o Rodzinę. Lidia i Marta (żona i córka – dop. red.) to dar od Boga. Na kolanach mówiłem: jesteś mocny i możesz wszystko... chciałbym rzucić palenie... być trzeźwym... Dostałem to. Miałem dowody na istnienie Boga, i to na mojej życiowej drodze. Teraz chciałem dowiedzieć się, jaki jest Bóg, z którym rozmawiam.

– Sięgnąłeś wtedy po Biblię?

– Nie. Najpierw zauważyłem zmiany w życiu Lidii. W czasie, w którym moje relacje z Kościołem były bardzo luźne, Lidia zaczęła regularnie chodzić na nabożeństwa. Zabierała ze sobą Martę. Początkowo nie wiedziałem nawet, że Kościół, do którego jeżdżą, to nie Kościół katolicki. Sobota, niedziela to czas koncertów i rzadko bywałem w Warszawie w te dni. Lidia była wyciszona, spokojna i pewniejsza siebie, zaczytana w biblijnych historiach, rozmodlona. Imponowało mi to. A potem obejrzałem na kasecie wideo chrzest mojej żony. Grupa dorosłych ludzi. Wchodzili do wody. Wzruszeni, w uniesieniu, ze łzami w oczach. Czułem, że dzieje się coś wielkiego i autentycznego w życiu Lidii. Poruszyło mnie to do głębi.

– Pomogło to ci szukać „twojego” Boga?

– Wziąłem do rąk Pismo Święte. Trudno mi było wczytać się w tekst napisany dziwnym językiem. Wielokrotnie odkładałem Biblię na półkę. Pewnego dnia, kiedy kartkowałem ją po raz kolejny, zatrzymałem się na fragmencie, który wydał mi się znajomy. To był dekalog. Bóg zdawał się mówić do mnie: taki jestem, to jest odpowiedź na twoje pytanie. Czytałem dalej i zadawałem Bogu i Lidii pytania. Wszystko składało się w pewną całość, jednak moment, w którym Bóg ci się przedstawia, nie jest łatwy i nie od razu chciałem za Nim pójść. Trudno było mi przygotować się do tej podróży, a z drugiej strony bardzo chciałem przyjaźnić się z Bogiem. Przeczuwałem, że życie z Nim może być piękną przygodą.

– Czułeś się niegodny?

– Raczej byłem wygodny. Odezwały się sentymenty, jakieś tradycje, często bardzo płytkie nawyki. Po pierwsze, nie lubimy zmieniać rzeczy, do których się przyzwyczailiśmy. Po drugie, nie jesteśmy skorzy do przyznawania się, że wcześniej błądziliśmy. Czułem, jakby usuwał mi się grunt spod nóg. Autorytety, na których się opierałem, poglądy, które kiedyś przyjąłem za własne, traciły znaczenie w zderzeniu z Mądrością Boga.

– Buntowałeś się?

– Mówiłem nawet Bogu, że Go nie chcę. To był bardzo trudny czas. Bóg powiedział mi prawdę o mnie samym... Bolało. Lubimy mieć dobre zdanie o sobie. Lubimy komplementy i pochlebstwa. A Bóg mówi prawdę. Kiedy zrozumiałem, że On jest po mojej stronie, walka się skończyła. Poczułem wielki spokój. Zrozumiałem, co znaczy: szukaj przede wszystkim Nieba, a resztę dostaniesz.

– Czy ta zmiana nie była szokiem dla twoich znajomych?

– Była. Niektórzy odsunęli się ode mnie. Tak na wszelki wypadek. Inni potraktowali jak dziwaka. Było kilka przykrych doświadczeń. Czas pokazał jednak, że moja droga to nie dziwactwo ani żadna gra. Ci sami ludzie, dla których wierność, trzeźwość, miłość, wiara nie miały, jak mówili, większego znaczenia, i którzy – jak ja kiedyś – „huczeli”, „turlali się po świecie”, teraz coraz częściej odczuwają potrzebę normalności i spokoju. A ja wiem, że właśnie Bóg to Normalność i Spokój. Wielu z nich też to już wie i są – tak jak ja – w Drodze.

– Ale są i tacy kumple, którzy wszystko przehulali, ćpają. Niektórzy już nie żyją. Czy to właśnie pchnęło cię do działalności charytatywnej i antynarkotykowej?

– Spotkałem kiedyś na dworcu kolegę z zespołu. Przytuliłem go. Spontanicznie tulę przyjaciół na powitanie. Wyczułem pod ręką metalowy gorset na jego plecach – pamiatkę po potyczce z dworcową ochroną. Ten człowiek produkuje narkotyki i handluje tym „szczęściem” z przerwami na odsiadkę w więzieniu... Z czteroosobowego składu zespołu, z którym grałem, zanim zacząłem współpracę z Oddziałem, trzech moich bliskich kolegów żyje dziś na ulicy. Świat, który kiedyś był dla nas tak szeroki, jest teraz dla nich wytyczony przez mury dworca i kilka przyległych do niego ulic. Mogłem – jak oni – wylądować w tym piekle. Granica była tuż-tuż. Oddział, jedna z najbardziej nieokrzesanych, niegrzecznych grup rockowych w Polsce, stał się dla mnie schronieniem przed „igłą”. Po tym spotkaniu, w modlitwie, przyszedł pomysł zrobienia kanapek i pójścia z nimi na dworzec. Chciałem usiąść wśród narkomanów i pijaków, wśród ludzi bez przyjaciół i bez Domu, podzielić się z nimi chlebem i wsłuchać się w ich potrzeby. Spotykałem też moich kolegów. Najważniejsze było słuchanie i obecność, a potem działanie – choćby w małych sprawach, byle konkretnie. Ludzie ulicy noszą w kieszeniach kolekcje ulotek z różnych Kościołów czy instytucji. Ktoś zjawia się na peronie, jedną ręką daje chleb, a drugą ulotkę. „Przyjdź do nas. Wiemy jak masz żyć”. Ciężko jest wstać z peronowej ławki, pójść i przyznać się do własnej słabości. Ci ludzie idą z nadzieją na konkretną pomoc, także duchową, ale często okazuje się, że świat „świętych” jest mocno zabiegany i zbyt ekskluzywny dla kogoś „pogiętego” przez życie.

– A co na to twoja rodzina?

– Lidia i Marta poszły ze mną. Poczuły to i mają w tym udział. Tak niewiele trzeba, by pokazać innym Boga – właśnie pokazać, a nie tylko o Nim mówić. Potem dołączyli do nas przyjaciele z warszawskiego zboru. Do dziś Mirka Antosik z grupką ludzi, przyjaciół z różnych stron, odwiedza dworcowe tunele i z wielką pasją i miłością kontynuuje to, co zaczęło się przed paroma laty cichą modlitwą w moim Domu.

– Czy udało się wam wyciągnąć kogoś z nałogu?

– Żeby wyjść z nałogu, z jakiegokolwiek problemu, potrzebne są trzy sprawy. Pierwsza – musisz tego chcieć. Druga – musi być przy tobie ktoś, kto cię kocha i jest w stanie wybaczyć ci twoje świństwa i łajdactwa nie jeden raz, ale wiele razy. Ktoś, kto będzie płakał i wybaczał, aż może któregoś dnia poczujesz wstyd, że jesteś tak podła dla kogoś, kto darzy cię tak wielkim uczuciem. A od tego wstydu odbijesz się do dobrego „lotu”. Trzecia sprawa – do trzeźwego, dobrego życia człowiek podnosi się z kolan, z modlitwy, z rozmowy z Dobrym Bogiem. Jeśli którejś z tych trzech spraw zabraknie, nie masz szans. Najczęściej brakuje szczerych spotkań z Bogiem. Znam to z mojej własnej drogi i z życia moich przyjaciół i znajomych. Moim zdaniem bez Boga żadna terapia nie będzie skuteczna. Na dworcu oglądaliśmy cuda narodzin ludzi do trzeźwego życia i mamy powody do radości. Najczęściej jednak oglądamy kolejne porażki – ktoś „przewraca się” znowu i znowu, ktoś inny umiera. Najprościej byłoby zostawić to wszystko, ale kiedy myślimy o Cierpliwości Boga względem nas, o Jego Wybaczeniu... to jeszcze raz... jeszcze wiele razy wyciągniemy rękę do ludzi w potrzebie, wybaczymy i zapomnimy to, co złe... przytulimy nasze siostry i braci, dzieci Boga.

– Dziś jeździsz po całej Polsce ze swoim autorskim programem, opartym na własnych doświadczeniach, skierowanym do młodzieży. Zapraszają cię urzędnicy, dyrektorzy szkół i inni „oficjele”. A jak odbiera to sama młodzież?

– Sale są pełne. Mój recital obejrzało i wysłuchało na przestrzeni jednego zaledwie roku kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Pocztą pantoflową rozeszła się wieść, że warto przyjść. Chętnych jest tylu, że można by zorganizować tysięczną widownię, ale ja zastrzegłem w umowie, aby liczba widzów nie przekraczała 250–300 osób. Tylko wtedy mam z nimi bliski kontakt i tylko takie spotkanie ma sens. Ludzie czują, że ich nie oszukuję, że wszystko jest szczere. Nie tylko śpiewam, ale też opowiadam o tym, co przeżyłem. To pewnego rodzaju muzyczny pamiętnik i wspaniała okazja do dzielenia się moją wiarą i nadzieją na Niebo. Zadbałem o skromną scenografię, która pomaga budować nastrój spotkania. Są świece i łzy... moje i moich słuchaczy. Po koncercie zostaję, rozmawiamy. Dostaję dużo listów od ludzi. Sprawa korespondencji, niestety, przerosła moje możliwości. Wśród wielu zajęć brakuje mi czasu i siły, a ludzie czekają na kilka choćby słów otuchy... i nie od kogoś tam, ale właśnie ode mnie. Poczuli, że jestem jak oni – czasem silny i piękny, innym razem słaby i brzydki. Wiedzą, że modlę się i że nie jestem jakiś tam „Wujek Dobra Rada”, ale że znam sprawy, które ich bolą, które często ukrywają przed całym światem.

– Co trapi tych ludzi?

– Brak więzi w domu, oddalenie, brak ciepła, czasu, złe wzorce. Narkotyki, a także alkohol są źródłem nieszczęścia w ogromnej liczbie rodzin. Warto jednak uzmysłowić sobie, że picie czy branie jest zazwyczaj skutkiem braku otwartości i komunikacji w rodzinie, poczucia osamotnienia i niezrozumienia. Dorośli stawiają się najczęściej w roli sędziów młodych ludzi. Osąd i wymagania, często nieracjonalne, są o wiele łatwiejsze niż głęboka rozmowa, przyznanie się do własnej słabości, podjęcie wspólnych działań, wzajemne słuchanie, wybaczanie. Na spotkania zapraszani są również rodzice, ale... nie przychodzą. Rekord padł, gdy przyszło ich pięcioro. Unikają tych spotkań i tracą w ten sposób jedną z okazji do wspólnego przeżycia czegoś z własnymi dziećmi, do rozmowy. Bywa jednak, że to ci młodzi ludzie idą potem rozmawiać ze swoimi rodzicami, nauczycielami, duchownymi i pierwsi przełamują Milczenie. Dzieje się wówczas sporo dobrego.

– Oprócz ludzi zaplątanych w narkotyki, pogubionych w relacjach z innymi, wziąłeś pod swoje skrzydła osoby niedosłyszące i głuchonieme i zaangażowałeś je do... zespołu muzycznego! Jak niesłyszący śpiewają?

– Dłońmi. To jedyny w swym rodzaju balet rąk. Językiem gestów przekazują nie tylko słowa piosenek, ale także tempo, rytm, kolor muzyki. Udział moich „migających” w muzycznych próbach i ich obecność na scenie wyróżnia nas wśród innych zespołów.

– Grupa Bogu, bo tak się nazywacie, jest obecnie jedną z najbardziej znanych grup nurtu muzyki chrześcijańskiej. Macie w swym dorobku nie tylko wielkie koncerty, ale i film.

– Braliśmy udział w galowych koncertach otwarcia i zamknięcia Europejskiego Roku Osób Niepełnosprawnych (Filharmonia Narodowa i Sala Kongresowa), graliśmy na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni i Opery Nowej w Bydgoszczy, byliśmy gośćmi festiwali muzyki chrześcijańskiej w Zamościu i w Warszawie. Telewizja Polska pokazała film dokumentalny w reżyserii Leszka Wosiewicza o kulisach powstania grupy i o naszej pracy. W jeden tylko wieczór, w cyklu „Czas na dokument”, obejrzało go ponad milion widzów. Obraz zdobywał też nagrody i wyróżnienia na festiwalach filmowych w różnych krajach świata. Ponadto telewizja zrealizowała dwa koncerty z udziałem m.in. naszego zespołu oraz teledysk do piosenki „Bogu”. Kilka utworów grupy plasuje się wysoko w radiowych rankingach list przebojów muzyki chrześcijańskiej. Cieszymy się z tych sukcesów. Zostaliśmy przecież do tego powołani, żeby iść do drugiego człowieka i dzielić się radością poznania Boga, Mądrością Boga zapisaną w Biblii, nadzieją zbawienia. Koncerty grupy Bogu to pewna forma nabożeństwa i znakomita okazja do modlitwy, zbliżenia się do Stwórcy i innych ludzi.

– Jak żeglarz płyniesz coraz dalej. Wkrótce chcesz otworzyć świetlicę terapeutyczną.

– Budowa jest w toku. Budujemy dom – nasze małe Gniazdo. Będzie to miejsce realizacji części projektów naszej grupy i stowarzyszenia „Jutro jest”, które zarejestrowaliśmy z nadzieją, że ułatwi to nam współpracę z organizacjami pozarządowymi, państwem i ludźmi dobrej woli. To, co robimy, nie rozwinie się w pełni bez wsparcia finansowego ze strony różnych instytucji i prywatnych darczyńców. Jeśli którykolwiek z Czytelników zechciałby zapoznać się z naszymi działaniami i ewentualnie zasilić nasze konto, może to zrobić drogą internetową ( ). Proszę o modlitwy w sprawach powodzenia naszych działań, wytrwania dla tych, którzy dźwigają się z nałogów... A jeśli któryś z Czytelników nie modli się, niech wyśle w naszym kierunku jedną swoją życzliwą myśl, a świat będzie lepszy i bogatszy o tę małą życzliwą chwilę.

– „Mówią, życie to gra, a ja chcę żyć, nie życie grać” – wygląda na to, że realizujesz marzenie, o którym śpiewałeś.

– Zaprzyjaźniony z Bogiem więcej słyszę i widzę, mniej koncentruję się na sobie samym. Miałem, byłem. Teraz chcę trochę mieć i być, a więcej dać. Jestem jednak w Drodze, jestem wciąż „nierówny” w przyjaźni z Bogiem... raz z Nim, to znów przeciwko Niemu. Jak to dobrze, że Bóg jest większy od mojej słabości... Z  Nim mogę wszystko.

 

Rozmawiała Katarzyna Lewkowicz-Siejka

  

Miłość miał i Dom a spośród tylu dróg

wybrał tę na której śmierć ... nuci pieśń

makowych pól ...
 

nie myśl, że niczego nie zmienisz

czy pamiętasz ... obudź się ... chodź

skończyła się już noc i ... wierzę

wierzę że i dla ciebie miejsce jest w Niebie

... jest

Nowości
Pomyśl, że...
pabianice 026.jpg
    Oto wyryłem cię na obu dłoniach, twe mury są ustawicznie przede mną - Iz 49,16
Sonda
Jak często otrzymujesz odpowiedź na swoje modlitwy?
  
Czy Bóg jest drobiazgowy w oczekiwaniach wobec człowieka?
  
Webdesign Go3.pl